Artykuł ppłk. rez. Tomasza LISIECKIEGO o zmierzchu masowego użycia artylerii …

Artyleria dziś

Przedstawione w tekście opinie są prywatnymi poglądami autora i bazują na jego trzydziestoletnim doświadczeniu pracy w pododdziałach i sztabach artylerii oraz jawnych materiałach publikowanych w mass mediach.

Śmierć „boga wojny”?, czyli do czego jest nam potrzebna liczna artyleria?

Jak na polach Ukrainy ginie „masowa” artyleria

Gdy 17 kwietnia 1940 roku, omawiając w gronie generalicji przebieg „wojny zimowej” z Finlandią, Józef Stalin wypowiedział swe słynne słowa o artylerii i nazwał ją „Bogiem wojny”, zapewne nawet nie przypuszczał, że jego slogan cytowany będzie powszechnie jeszcze 80 lat później. Wypada jednak zauważyć, że dyktator mówił wówczas o artylerii „masowej” [1], a nie o artylerii w ogóle.

Jednakże masowe użycie artylerii, jakie znamy z lat II wojny światowej z pod Stalingradu czy operacji berlińskiej – już się nie powtórzy. Doświadczają tego dzisiaj zwłaszcza Rosjanie, tracąc na Ukrainie ogromne ilości sprzętu. Oznacza to koniec artylerii licznej („masowej”), ale przestarzałej; rodzi się artyleria nowa – nieliczna, ale mobilna i rozśrodkowana, dalekonośna i precyzyjna, strzelająca w punkt, a nie „na hektary”…

W rozpoczętej przez Federację Rosyjską 24 lutego 2022 roku wojnie przeciwko Ukrainie artyleria rzeczywiście odgrywa rolę decydującą, odpowiadając za 60, lub – jak twierdzą niektórzy – nawet 70%, strat ponoszonych przez wojska obu stron. Czyżby więc Stalin miał rację, czy raczej jest to efekt oddziaływania środków masowej informacji, powtarzających na każdym kroku slogan „Wujka Jo”?

Dziś na polach Ukrainy masowe zastosowanie artylerii przez Rosjan nie przynosi już tak spektakularnych rezultatów, jak miało to miejsce podczas II wojny światowej. Oczywiście – jest ona w stanie zamienić w ruiny Charków, Mariupol, Siewierodonieck i setki małych ukraińskich miasteczek i wsi, terroryzować ich ludność i zadawać jej niewyobrażalne cierpienia. Ale po upływie pół roku wojny widać też gołym okiem, że stosowane przez Rosjan masowe użycie artylerii – to przeszłość. Precyzyjne, chirurgiczne uderzenia wymierzone w obiekty strategiczne, stanowiska dowodzenia, centra logistyczne czy obiekty infrastruktury krytycznej, stosowane przez mobilną artylerię ukraińską, są bardziej skuteczne i, – co w dzisiejszych czasach ma niebagatelne znaczenie – bardziej medialne…

W trwającej od ponad stu lat wojnie artylerii (i środków przeciwpancernych w ogóle) z czołgami wygrywać zdaje się… dron. Mam tu na myśli nie tylko bezzałogowe systemy powietrzne (BSP, bezzałogowce), amunicję krążącą (drony samobójcy), ale i zwykłe drony cywilne dostosowane ad hoc do celów wojskowych (wirnikowce obserwacyjne i „szturmowe”).

Jeśli uwzględnimy fakt, że najnowocześniejszy czołg rosyjski T-14 „Armata” kosztuje 7,8 mln dolarów (dla porównania: „Abrams” – 8,5 mln), to jasne staje się, dlaczego nie widać go na polach Ukrainy. Dla Rosjan jest on po prostu zbyt cenny i nadaje się tylko do pokazywania na defiladach. Tymczasem koszt prostego drona transportowego, zdolnego przenieść głowicę pocisku RGPpanc, pocisk moździerzowy lub nawet zwykły granat obronny w słoiku po majonezie, który zostanie wrzucony w otwarty właz czołgu – to koszt kilkuset dolarów… Co więcej – dziś obsłuży go nawet nastolatek, a do czołgu potrzeba trzech-czterech dorosłych ludzi, których szkoli się miesiącami i latami. Rachunek koszt – efekt wychodzi na korzyść dronów. Ukraińska (lub jakakolwiek inna) „armia dronów” – jeśli powstanie – zmieni oblicze wojen na zawsze…

Dron-zabawka z podwieszonymi granatami i skutek jego ataku na rosyjski czołg.

Ale zagrożenie ze strony dronów nie dotyczy tylko czołgów. Zagrożona jest, jak widzimy na licznych przykładach – także artyleria, szczególnie ta przeznaczona do wsparcia bezpośredniego walczących wojsk.

Masowe użycie zarówno wyspecjalizowanych BSP, jak i „zwykłych” dronów, powinno więc wymusić „przetasowanie” taktyczne na współczesnym polu walki. W obronie na pierwszej linii pozostanie zmechanizowana i zmotoryzowana piechota wyposażona w liczne środki przeciwpancerne (w tym ppk i własne drony) oraz samobieżne moździerze, niszczące przeciwnika w tzw. kill boxach. Tuż za nią powinna znajdować się artyleria przeciwlotnicza (w tym wyspecjalizowane środki do obrony przed dronami przeciwnika). Dalej – mobilne odwody (i tu jest dziś miejsce dla pododdziałów czołgów), artyleria wsparcia bezpośredniego, śmigłowce bojowe i logistyka osłonięte środkami przeciwlotniczymi średniego zasięgu. Potem kolejne rzuty wojsk zmechanizowanych i pancernych, artyleria wsparcia ogólnego i logistyka pod osłoną środków przeciwlotniczych dalekiego zasięgu.

Wycofanie artylerii w głąb ugrupowania bojowego oddziałów i związków taktycznych nie tylko ochroni ją przed obezwładnieniem przez drony, artylerię i lotnictwo przeciwnika, ale też uelastyczni i pogłębi obronę. Oczywiście zmienia to całkowicie sens tego, co dziś określamy terminami „artyleria wsparcia bezpośredniego” i „artyleria wsparcia ogólnego”. Mówiąc prosto i zrozumiale nawet dla laika – „Goździki”, „Dany”, działa ciągnione i BM-21 wyposażone w tradycyjną amunicję (a więc wszystkie środki strzelające na odległość mniejszą niż 20-25 km) można powoli oddawać na złom, gdyż na współczesnym polu walki nie ma dla nich miejsca. To, co do tej pory rozumieliśmy jako „artylerię wsparcia bezpośredniego”, to dzisiaj samobieżne armatohaubice i wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe o zasięgu do 40 km, pozostające poza strefą działań batalionów pierwszorzutowych. Natomiast artyleria wsparcia ogólnego, realizująca zadania w strefie operacyjnej, powinna mieć zasięg od 50 do 300 km. Tutaj w grę wchodzą armatohaubice strzelające pociskami dalekonośnymi (np. Vulcano) na odległość do 70-80 km (dziś, jak się wydaje, jest to graniczny zasięg artylerii lufowej) oraz wyrzutnie rakiet taktycznych w rodzaju MLRS czy HIMARS.

Na Ukrainie sytuacja wygląda nieco inaczej. Ponieważ armia ukraińska nie posiada szczebla dywizyjnego, w strefie taktycznej walczą samodzielne brygady pancerne, zmechanizowane (zmotoryzowane) i brygady OT posiadające w swych strukturach silną artylerię: 2 dywizjony artylerii ciągnionej lub samobieżnej, dywizjon BM-21 oraz – rozdysponowany do wsparcia piechoty – dywizjon przeciwpancerny (nie występuje w brygadach pancernych). Wynika z tego, że każdą brygadę wspiera praktycznie pułk artylerii o zasięgu do 21 km. Natomiast za strefę operacyjną odpowiadają cztery dowództwa operacyjne (Północ, Zachód, Południe i Wschód), które mają do dyspozycji ogólnowojskowe brygady odwodowe, brygady OT, brygadę artylerii, pułki rakiet przeciwlotniczych, łączności, operacyjnego zabezpieczenia, remontowo-naprawcze i lotnictwo.

Armia rosyjska od początku działań walczy z użyciem bojowych grup taktycznych (BGT), składających się z batalionu zmechanizowanego (zmotoryzowanego), kompanii czołgów, baterii haubic samobieżnych (2S1 lub 2S3) i baterii artylerii rakietowej (BM-21). Takich grup powinno się używać do walki w terenie zurbanizowanym, ale nie do przełamywania silnie umocnionej obrony przeciwnika. Tymczasem deficyt piechoty zdeterminował (przynajmniej na początku wojny) unikanie walki w terenie zurbanizowanym. Jaki więc w tym sens? Tego nie wiem, nie jestem Rosjaninem… Wydaje się jednak, że o wiele korzystniejszy na początku byłby dla Rosjan typowy atak pancerny – ponieśli by może nie mniejsze straty, ale obronę ukraińską na decydujących kierunkach przełamaliby z pewnością…

Z tej perspektywy nie widzę więc sensu dla megalomańskich zachwytów naszych dowódców brygad, którzy zamiast zajmować się walką ogniową w strefie taktycznej (czyli, jak określają to dowódcy piechoty – „fighterką”) cieszą się, że dzięki „Krabom” uzyskają możliwości oddziaływania na strefę operacyjną (czyli ponad 40 km). A przecież to nie ich rola! Powinni raczej zastanawiać się nad tym, czego użyją do walki z lawiną czołgów potencjalnego przeciwnika? Nielicznych ppk „Spike”, przestarzałych „Malutkich” czy może… „Krabów”?

Ostatnio „Kraby”, jako pierwszy w brygadach ogólnowojskowych, otrzymał dywizjon… brygady piechoty górskiej w Jarosławiu. (Pozdrawiam kolegów!) I oczywiście wszyscy są zadowoleni! Ale ciekaw jestem, jak dywizjon 52-tonowych „Krabów” tej brygady poradzi sobie ze wszystkimi tymi małymi mostami na górskich rzeczkach, aby zapewnić wsparcie piechocie w wysokich górach? Czy nie lepiej byłoby dla tej brygady (a także brygady powietrzno-desantowej i kawalerii powietrznej!) kupić amerykańskie M777, które są lekkie i rewelacyjnie sprawdziły się w Afganistanie i w Ukrainie? Nic o tym nie słychać… A kto ma o tym wszystkim myśleć – my rezerwiści, czy generałowie w linii? Z kwestią zmian w taktyce działania wiąże się też zagadnienie centralizacji i decentralizacji dowodzenia artylerią. W żadnych znanych nam ukraińskich materiałach, przedstawiających działania artylerii, nie zobaczymy więcej jak 2-3 dział / wyrzutni, a już na pewno nikt nie widział ani rozwiniętych dywizjonów, ani brygad artylerii. Jeśli ktoś widział więcej niż pluton – to byli to… rosyjscy operatorzy dronów. To wcale nie żart: tam, gdzie nie przestrzegano zasady rozproszenia środków ogniowych i stały one w regulaminowych odstępach 30-40 m, stawały się natychmiast celem dla artylerii wroga.

Ostrzał artyleryjski plutonu rosyjskich 122 mm haubic D-30 korygowany przez BSL.

Natomiast pojedyncze, dobrze ukryte ukraińskie „Goździki” i moździerze mogły wspierać obronę kompanii piechoty, wystrzeliwując po kilkadziesiąt pocisków dziennie. Gdy jednak zachodziła potrzeba zmasowania ognia, to włączały się one w proces kierowania ogniem całego plutonu / baterii. Wymaga to jednak nie tylko dobrego systemu kierowania ogniem, ale też świetnego wyszkolenia poszczególnych obsług, baterii i dywizjonów.

Oznacza to jedno – czas „masowej” artylerii się kończy…

Do czego Polsce potrzebna jest liczna artyleria?

Przewaga, jaką stronie ukraińskiej dała dalekonośna artyleria NATO-wska, pokazuje dobitnie, że lepiej mieć mniej, ale dobrej artylerii, aniżeli odwrotnie. Niby wszyscy to rozumieją, ale…

Zanim ustalimy, jaka artyleria potrzebna jest polskiej armii w świetle doświadczeń wojny w Ukrainie, zwróćmy uwagę na fakt, że jako państwo musimy mieć jasną wizję, zawartą w odpowiedzi na cztery podstawowe pytania: do jakiej wojny się przygotowujemy; jakie powinny być nasze siły zbrojne; jakie jest zagrożenie ze strony potencjalnego przeciwnika oraz ile mamy czasu, aby się do tego przygotować. Dotyczy to oczywiście również artylerii, a tymczasem nikt nam takiej wizji nie przedstawił.

Dlatego ostatnie propozycje zakupów dla polskiej armii dosłownie mnie (i wielu moich kolegów artylerzystów) zaszokowały. Po co nam nagle 1 250 czołgów K-1 i M1A2? Po co nam aż 800 „Krabów” (dokładnie: 120-140 naszych plus 672 południowokoreańskich K-9A1 „Thunder” i ich spolonizowanej wersji K-9PL), a także 500 HIMARS-ów (tyle mają dziś Amerykanie!)? Czyżbyśmy zamierzali sami wygrać wojnę z Rosją i Białorusią? Żadnym tłumaczeniem nie jest też twierdzenie, że nie mamy broni atomowej. Nie mamy i nie będziemy mieli, a artyleria jej nie zastąpi. Jeśli natomiast zakładamy, że przeciwnik jej użyje, to tym bardziej posiadanie takich ilości sprzętu nie ma sensu. Kropka. Zresztą zanim takie ilości sprzętu otrzymamy i wyposażymy w nie wojsko, przeszkolimy rezerwy i zgromadzimy tysiące ton amunicji – to wszystko będzie już jedynie złomem, na który wrogie drony polować będą tak, jak dziś Bayraktary na T-72…

Koreańska 155 mm armatohaubica K9A1.

Ile zatem rzeczywiście potrzebujemy nowoczesnych środków ogniowych? Spróbujmy to policzyć.

Aby zobrazować sytuację w artylerii, porównajmy ją z sytuacją w wojskach pancernych. Obecnie nasze Wojska Lądowe składają się z 4 dywizji (jednej pancernej i trzech zmechanizowanych), które z kolei dysponują 4 brygadami pancernymi, 6 brygadami zmechanizowanymi, 1 brygadą obrony wybrzeża i 1 brygadą piechoty górskiej.

Każda brygada pancerna posiada 3 bataliony czołgów (bcz), a pozostałe brygady dysponują 1 bcz liczącym 58 wozów. Razem dla pełnego wyposażenia tych sił potrzebujemy około 1 200 czołgów, a zamierzamy mieć ich razem 1 500 (doliczając do wspomnianych powyżej czołgów K-1 i M1A2 250 posiadanych „Leopardów”). Przyjmijmy więc założenie (nawet nie uwzględniając wniosków z walk w Ukrainie!), że ilości te odpowiadają obecnemu zapotrzebowaniu na wymianę naszego parku czołgów oraz stworzenie ich zapasu. Czyli, mówiąc krótko – dla zwykłego żołnierza i obywatela, jakim jestem, ma to jeszcze jakikolwiek sens…

Natomiast całkowicie inaczej ma się sprawa z artylerią. Każda z naszych dywizji posiada pułk artylerii o różnej strukturze i wyposażeniu. Zakłada się, że pułki dywizyjne powrócą do struktury brygadowej, a ponadto potrzebna będzie brygada odwodowa. Załóżmy, że brygada dywizyjna posiadać będzie 2 dywizjony „KRAB-ów” / K-9, dywizjon HIMARS-ów i 2 dywizjony WR-40, brygada odwodowa – 2 dywizjony „KRAB-ów” / K-9 i 2 dywizjony HIMARS-ów, a wszystkie brygady dywizyjne (bez względu na to, czy są to brygady zmechanizowane, obrony wybrzeża czy piechoty górskiej) – otrzymają po dywizjonie „KRAB-ów” / K-9. (Można też zrobić tak, jak uczynili to Ukraińcy, i wzmocnić dodatkowo brygady ogólnowojskowe dywizjonami WR-40 i RM-70, zabierając je z pułków / brygad artylerii; opcji jest tu wiele…).

Polska 155 mm armatohaubica „Krab” w Ukrainie.

Dywizjon HIMARS-ów i pięć dywizjonów „KRAB-ów” / K-9 na dywizję – to zdecydowanie za dużo. Ale i tak daje nam to „tylko” 22 dywizjony „KRAB-ów” (528 szt. przy dywizjonach z 24 działami) i 6 dywizjonów HIMARS-ów (108 szt. przy dywizjonach z 18 wyrzutniami). Tak więc 28 dywizjonów – takie byłyby (teoretyczne) potrzeby etatowe na dziś.

Skąd zatem w zakładanych zakupach dla polskiej armii wzięły się tak astronomiczne liczby (przypomnijmy: 800 „KRAB-ów” / K-9 – to 33 dywizjony, 500 HIMARS-ów – to 27 dywizjonów plus zapasy!)? Te 60 dywizjonów (nawet bez uwzględniania tego, co już mamy!) byłoby w stanie (stojąc jeden obok drugiego nawet na jeziorach i bagnach), zabezpieczyć 900 km frontu – czyli nasze granicę z Rosją, Litwą i Białorusią i całą granicę morską (bez Półwyspu Helskiego). To tylko przykład, ale dorzucając do tego 1 500 czołgów utworzymy pierwszy w historii „pancerny ruchomy rejon umocniony”, a nasze kolumny zaopatrzeniowe i ewakuacyjne będą dłuższe, niż ta rosyjska pod Kijowem w marcu br.…

To, oczywista bzdura! Te liczby zostały po prostu wzięte „z sufitu” bujających w obłokach polityków, wspierającego ich pomysły lobby zbrojeniowego, braku jakiegokolwiek oporu ze strony realnie myślących generałów i dowódców… Nikt z nich zdaje się nie widzieć, że żyjemy w dobie kryzysu energetycznego i wojny u sąsiada, gdzie na polu walki rozsiane są smutne strzępy pancernej i artyleryjskiej potęgi drugiej armii świata. Chcemy zajęć jej miejsce?

No i rzecz najbardziej „oczywista z oczywistych”, o której wszyscy w tym rozgardiaszu zakupowym zapominają: działamy w sojuszu NATO, a V Korpus US Army ma nas, w razie czego, wesprzeć wraz z innymi sojusznikami. Dodawanie więc nowych własnych dywizji (a chcemy ich mieć jeszcze dwie!) to nie tylko kolejna strata pieniędzy, ale i powiększający się chaos organizacyjny. O zapchanych poligonach i braku infrastruktury – nawet nie będę wspominał. Zadbajmy więc o to, co już mamy, aby stanowiło być może małą, ale sprawną machinę bojową!

Stosunek naszych elit polityczno-wojskowych do tematu najlepiej obrazuje fakt, że nawet po ogłoszeniu planów rozwoju polskiej artylerii nie podniesiono jej rangi. Zapowiedziano jedynie powrót do systemu brygadowego. Wiele rzeczy stanie się jasne nawet dla laików, gdy uwzględnią fakt, że armią dowodzą generałowie wojsk pancernych, a polską artylerią – „tylko” pułkownik…

Na marginesie zauważmy, że dalej nie ma tu miejsca na lekkie, 23 tonowe „Kryle” (myślę tu o koncepcji działa samobieżnego, a nie o konkretnym dziale), które – jak udowodnił Afganistan – są nam niezbędne do wsparcia zmotoryzowanej piechoty. (W tym do udziału w operacjach poza granicami kraju, jeśli jeszcze zechcemy, lub będziemy zmuszeni w nich uczestniczyć). O M777 już wspominałem… A czy brygady na KTO „Rosomak”, też będą używały „Krabów”, zamiast armatohaubic kołowych? To też jest bez sensu… Jak zatem chcemy szybko przerzucać 52 tonowe „Kraby”? „Mrija” (Marzenie) – zniszczona…

Ale to nie wszystko. Sprzęt – nawet najlepszy – jest tylko pancerną skorupą jeśli nie obsługują go wyszkoleni, zmotywowani do obrony swego kraju ludzie. Przy zakładanych w zakupach ilościach sprzętu można utworzyć 60 dywizjonów „KRAB-ów” i HIMARS-ów, każdy z nich po około 460 żołnierzy. Daje to około 29 tyś. etatów dla oficerów, podoficerów i żołnierzy, wliczając w to sztaby i logistykę nowo utworzonych brygad. Teoretycznie to niewiele, ale skąd wziąć np. 120 dowódców dywizjonów i ich zastępców (podpułkowników i majorów), o 300 dowódcach baterii (kapitanach) nie wspominając? Na takie kadry pracuje się latami, a my, sądząc po zakładanym tempie zakupów – za wiele czasu nie mamy. Akademii Artylerii zresztą też… Ale i tak pozostaje pytanie – kto to wszystko będzie obsługiwał? Przecież nie wszystkie dywizjony będą rozwinięte, a w skadrowanych etat przewiduje… 6 ludzi – zastępcę dowódcy dywizjonu i pięciu szefów baterii. Przy brakach kadrowych – nie będzie nawet tego…

227 mm wyrzutnia rakietowa HIMARS.

Uzbrojenie tak kolosalnej ilości dział i wyrzutni w amunicję i stworzenie jej odpowiednich zapasów, to oddzielny, astronomiczny finansowo problem. Jaką jednostkę ognia przewidziano np. do HIMARS-ów? Załóżmy (są to moje optymistyczne spekulacje), że na 500 jednostek sprzętu posiadać będziemy na każdą wyrzutnię „tylko” po 6 pakietów niekierowanych pocisków typu MLRS (po 6 rakiet, zasięg do 45 km), cztery z pociskami GMLRS (po 6 rakiet, zasięg do 70 km) i dwa pakiety z pociskami ATACMS (każdy z 1 rakietą, zasięg do 300 km). W sumie daje to, odpowiednio – 18 tys., 12 tys. i 1 tys. pocisków, a to zdecydowanie za mało! Nie lepiej więc kupić od razu pięć razy mniej wyrzutni, a trzy razy więcej amunicji?

Dla porównania: tylko w 2021 r. Polska Grupa Zbrojeniowa zakontraktowała, za kwotę 350 mln. zł, dostawę 122 mm pocisków rakietowych Feniks FHD (całe 2 320 szt.!) dla WR-40 „Langusta”… Jeszcze w 2019 roku podpisano umowy na dostawę 24 tys. szt. (w tym tylko 6 tys. szt. w wariancie z gazogeneratorem) 155 mm amunicji z pociskiem odłamkowo-burzącym. Łączna wartość umowy wynosi ponad 420 mln zł, a planowany termin zakończenia dostaw przypada na rok bieżący. Natomiast wciąż nierozwiązany jest problem produkcji w kraju modułowych ładunków miotających do amunicji 155 mm[1]… Przypomnę więc raz jeszcze: 6 tys. pocisków, to dzienne zużycie artylerii ukraińskiej, która i tak je oszczędza…

Zastanówmy się też, ile ta artyleryjska armada spali paliwa, zużyje amunicji i przeje zwykłego żołnierskiego chleba. Ile dla tylu dywizjonów potrzeba dodatkowego sprzętu, uzbrojenia, samochodów, środków łączności, wyposażenia logistycznego, środków rozpoznania typu „Liwiec” i dalekosiężnych rozpoznawczych BSP, zdolnych do rozpoznania na odległość 300 km. Nie mówię już o odpowiedniej infrastrukturze: żołnierze nie będą przecież mieszkać pod pałatkami, a sprzęt przebywał pod „chmurką”.

Na koniec zdradzę Czytelnikom największą tajemnicę tego zakupu: to wszystko, o czym pisałem w poprzednich trzech akapitach, kosztować będzie nas wszystkich o wiele więcej, aniżeli same działa i wyrzutnie…

Czy zatem ktoś z moich szanownych kolegów z Zarządu WRiA IWL DGRSZ i Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych mógłby nam wytłumaczyć i uzasadnić, skąd wzięto te astronomiczne liczby dla planowanych zakupów?

Mam uzasadnione obawy, że nie…

Jak uratować polską artylerię?

Jeśli zdecydujemy się zastąpić dywizjony brygad ogólnowojskowych (wyposażone obecnie w haubice 2S1 „Goździk” lub armatohaubice „Dana”) wzmocnieniem w postaci dużej ilości ppk, granatników przeciwpancernych i dronów, ewentualnie wyposażyć je w mobilne „Kryle” (koncepcja!) i M777, to potrzeby sprzętowe w „KRAB-ach” zmniejszą się do 240, a z uwzględnieniem brygad pancernych – maksymalnie do 350 sztuk.

Należy zastanowić się również nad potrzebą posiadania 24-działowych dywizjonów i 18 wyrzutniowych dywizjonów HIMARS-ów. Jak pokazują doświadczenia ukraińskie, o czym już wspominałem na początku swoich rozważań – artyleria działa dziś w rozproszeniu, maksymalnie plutonami po 2-3 działa / wyrzutnie. Przejście naszych dywizjonów na początku wieku na etat 24-działowy nie wynikało z jakiejś uzasadnionej potrzeby taktycznej, ale raczej z potrzeby zachowania jak największej ilości dział / wyrzutni przy zmniejszającym się stanie ilościowym armii. Zatem nic nie uzasadnia utrzymywania tych etatów przy zwiększonej donośności i lepszej jakości amunicji.

A już zupełnie nie rozumiem, dlaczego nasi decydenci przyjęli, że etat dywizjonu HIMARS-ów ma się składać z 18, a nie 16 wyrzutni, jak jest to przyjęte w USA Army. Amerykanie mają 40 lat doświadczenia w ich użyciu (myślę tu także o wersji M270 MLRS), a my chcemy być lepsi i mądrzejsi od nich??

Osobiście uczestniczyłem w planowaniu ich użycia podczas słynnego ćwiczenia „Cannon Cloud” w 2002 roku. Gdy Amerykanie usłyszeli ile pocisków potrzebujemy do zniszczenia drugorzutowych pułków przeciwnika, które szykowały się do ataku – złapali się za głowę i – oczywiście – odmówili nam wsparcia. A my na te pułki „zrzuciliśmy”… 6. BPDes. Świadczy to jedynie o tym, że od 20 lat niczego się nie nauczyliśmy…

Amerykanie chwalą Ukraińców za wykorzystanie HIMARS-ów, a nawet podziwiają, bo nie tylko działają „by the book”, ale wykazują przy tym pomysłowość i inicjatywę. Nota bene tylko 100 HIMARS-ów potrzebują Ukraińcy, aby przejść do kontrofensywy na 1 000 km froncie!

Przy przejściu na system 18 działowy (i 16 wyrzutni dla HIMARS-ów) potrzeby naszej artylerii zmniejszą się więc jeszcze bardziej i wyniosą 260 „KRAB-ów”, 126 „Kryli” (wciąż mówię o koncepcji!), 60 M777 i 100 HIMARS-ów.

To też są duże ilości, ale już nie kosmiczne… I, co najważniejsze – racjonalne. A o ileż skrócą się przy tym kolumny tych dywizjonów i dowożonego im zaopatrzenia! Mniejsza, ale silna artyleria – to mobilność; wielka i liczna, nawet jeśli nowoczesna – to stagnacja…

* * *

Nie jestem przy tym przeciwnikiem współpracy z Koreą nad modernizacją „Kraba” i rozszerzaniem jego produkcji na potrzeby sojuszników z NATO i innych państw. Ale pozostałe 140 „Krabów” dla siebie możemy wyprodukować sami i kupowanie K-9A1 dla naszej armii uważam za zbędne. Czym innym jest natomiast podjęcie współpracy nad rozwojem następcy „Kraba” – K9PL. Tu jestem jak najbardziej za.

Nie dajmy się jednak oszukać twierdzeniu, że koreańska K-9 jest „sprawdzona w walce” – to tylko półprawda. Użyto ich bojowo jedynie raz – w odpowiedzi na północnokoreański ostrzał wyspy Yeonpyeong 23 listopada 2010 roku – i zużyto… 80 pocisków. Tymczasem „Kraby” walczą w Ukrainie od dwóch miesięcy. Ukraińcy stracili wprawdzie jednego, ale wszystkie pozostałe są sprawne. W przeciwieństwie do francuskich „Cezarów” i niemieckich Pz2000 (z nich, na 15 przekazanych, sprawnych jest tylko 5). „Kraby” za swoje działania na polu walki są chwalone nie tylko przez ukraińskie i zachodnie media, ale przede wszystkim przez ich obsługi.

Dlaczego więc my – na co zwrócił już uwagę generał W. Skrzypczak – nie promujemy swojego produktu, tylko chcemy kupować „coś jeszcze lepszego”. Dlaczego nie proponujemy ich naszym sojusznikom z NATO, którzy gotowi są wymienić swe przestarzałe M-109, niedopracowane „Cezary” czy Pz2000 na nowoczesne i sprawdzone systemy? Jeśli K-9 zostanie uszkodzona podczas wojny, to gdzie ją wyślemy na remont, do Korei? To samo dotyczy zresztą czołgów K-1; natomiast uszkodzone czołgi „Leopard” i „Abrams” możemy spokojnie wysłać do Niemiec czy innego państwa sojuszniczego. Dlatego dla europejskich krajów NATO ujednolicenie systemów artyleryjskich – przy unitarnej już amunicji – byłoby wysoce korzystne. A taki system „na dziś” zaproponować możemy tylko my we współpracy z Koreą.

Czeska 155 mm armatohaubica „Morana”.
Szwedzka 155 mm armatohaubica „Archer”.

Co wybrać jako następcę „Kryla”?

Jeśli będziemy z tym zwlekać, to wszyscy kupią inne systemy, które dziś testowane są na Ukrainie, np. słowackie „Zuzany-2”, szwedzkie „Archery” czy promowane ostatnio czeskie „Dity” i „Morany”. (Nawiasem mówiąc produkty szwedzkie lub czeskie świetnie sprawdziłyby się jako odpowiedniki „Kryli”). Czy więc nie lepiej wejść w kooperację z sojusznikami z NATO i rozpocząć produkcję natychmiast, zamiast czekać kilka lat na zbudowanie odpowiedniej dla K9PL fabryki u nas? Pomyślmy o tym, zanim znów pozostaniemy sami ze swoją artyleryjską „armią klonów”…

* * *

Co najważniejsze: zakładaną przez autora siłę polskiej artylerii zbudować można szybko i (w większości) siłami własnego przemysłu zbrojeniowego. Wystarczy jedynie przesunąć środki finansowe, a polską artylerię można będzie jeszcze uratować przed czekającą ją „klęską urodzaju”. Pamiętajmy, że ogromne ilości sprzętu, nie wpisujące się w żadną koncepcję – są marnotrawstwem, mogącym przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Zastanówmy się nad tym wszystkim raz jeszcze, póki nie wywalimy kolejnych miliardów w błoto…

Kolosalne oszczędności, jakie osiągnięto by przy przedstawionych przeze mnie założeniach, należy przenieść (a nie przejeść!) na inwestycje w amunicję dalekosiężną i precyzyjną oraz w środki łączności i rozpoznania dla nowoczesnych systemów artyleryjskich, wzmocnienie brygad ogólnowojskowych środkami przeciwpancernymi, mobilnymi moździerzami „Rak” i dronami.

Na koniec pozostaje jeszcze pytanie co zrobić z całą pozostałą resztą naszej artylerii („Dany”, „Goździki”, BM-21, 120 mm moździerze, a nawet przeciwpancerne 85 mm D-44) i amunicją do nich? Moja odpowiedź jest prosta i niezmienna od 24 lutego br.: przekazać natychmiast Ukrainie! Bo każdy rosyjski T-72 i „Msta” zniszczone dziś za Dnieprem, o to czołg i działo mniej do zniszczenia nad Bugiem i Wisłą. Dajmy broń tym, którzy mają dziś wolę do walki z imperialistycznymi zakusami Putina, bo czy my sami ją posiadamy?

Ukraina daje nam dzisiaj czas niezbędny na przezbrojenie, byśmy kiedyś nie musieli się tłumaczyć tak głupio jak Rosjanie, że w czerwcu 1941 roku „historia dała im za mało czasu”. Ukraińcy płacą za ten czas swoją krwią, więc tym bardziej go nie zmarnujmy!

* * *

Dla mnie, jako artylerzysty, smutne może być to, że mój ukochany rodzaj broni traci swą „boskość”. Jednak wojna to nie czas na finezję i sprzęt pięknie i licznie prezentujący się jedynie na defiladach. Tu liczą się tylko dwie rzeczy: ludzkie życie i… pieniądze. Jeśli nie stać nas na sprzęt drogi i wyrafinowany, to musi być nas stać na sprzęt tani i masowy. Takie są dziś drony i lekkie środki przeciwpancerne. Taka z pewnością nie jest współczesna artyleria…

Wrocław, 31.08.2022 r.                                                     ppłk rez. Tomasz LISIECKI

(Wszystkie zdjęcia – Internet)

Autor był oficerem 23. ŚBA i 23. ŚPA, jest tłumaczem i autorem publikacji z zakresu historii wojskowości i artylerii.


[1] J. Reszczyński Polska artyleria w 2021 roku: „plusy dodatnie, plusy ujemne”, https://defence24.pl/sily -zbrojne/ polska -artyleria-w-2021-roku-plusy-dodatnie-plusy-ujemne-analiza


[1] Dosłownie powiedział tak: A czymże jest współczesna wojna? Interesująca kwestia, czego ona wymaga? Wymaga masowej artylerii. We współczesnej wojnie artyleria to Bóg… Por.: Совещание при ЦК ВКП(б) начальствующего состава по сбору опыта боевых действий против Финляндии, 14-17 апреля 1940 года, http://rkka.ru/docs/zimn/title.htm